poniedziałek, 31 grudnia 2012

A na Nowy Rok...

... dla Wszystkich z Was i dla Waszych rodzin życzę z serca, by każdy dzień był powodem do uśmiechu.



   Każdemu, kto w 2013 roku zamierza zmienić samochód, życzę rozsądku w wyborze, by ta zmiana nie szła w parze z "wtopieniem", a spotkani "handlorze" byli w miarę ludzcy. Wy też nie skreślajcie tego zawodu z listy uczciwych - po prostu pamiętajcie, że cena czyni cuda, ale zawsze w drugą stronę...

P.S.
A nowe teksty niebawem. Będzie np. jak zostałem pierwszym właścicielem Peugeota ;-)

wtorek, 25 grudnia 2012

Życzę...



   Dzisiaj krótko i zwięźle. Mamy Święta Bożego Narodzenia. Nie myślę przy tej okazji rozpisywać się na tematy poruszane zazwyczaj. Na to przyjdzie czas.
   Życzę Wam wszystkim beztroskich i radosnych Świąt, odpoczynku od tempa dnia nieświątecznego, uśmiechu na twarzach Waszych i Najbliższych.
   Wszystkim, którzy wyjechali na tych kilka dni, by wrócili bez przygód na drodze i w całości.
   Tym, którzy myślą, że "po piwie", to bez problemu można do domu dojechać od szwagra - z całego serca składam życzenia - oby Wam przy odpalaniu rozrząd strzelił i dziury w tłokach wywaliło.
   Wszystkim życzę też jak najmniejszej liczby durnych życzeń - wierszyków w esemesach od znajomych, którym nie chce się napisać jednego zdania.

Świętujcie, bawcie się, bądźcie zdrowi, szczęśliwi i zaglądajcie tutaj  ;-)


poniedziałek, 17 grudnia 2012

Prezent od Niemca, czyli marzenie za grosz





Prezent od dziadka





   Wolfgang, rocznik 1925, kupuje Golfa (oczywiście TDI). Co raczej jasne, Volkswagen jest wyposażony we wszystko, włącznie ze skórzaną tapicerką i, jak to na statecznego dziadka przystało, osiemnastocalowymi felgami. Na potwierdzenie, że występuje coś takiego jak kryzys wieku późnego, nasz dziadek montuje sobie tłumik końcowy Remusa (z TÜV oczywiście) oraz delikatnie obniża i utwardza zawieszenie. Tak przygotowanym samochodem jeździ raz w tygodniu na zakupy do Würstlandu , co sobotę na spotkanie Koła Kombatantów (ach, te lubieżne spojrzenia kombatantek, kiedy parkuje swoje cudo... Lecą... - myśli staruszek za każdym razem.), a w niedzielę, für gesundheit, za miasto pospacerować z kijkami. Nasz kombatant raz na rok jedzie oczywiście do serwisu, by wymieniono mu połowę podzespołów, niezależnie od tego czy są zepsute, czy nie. Zostawia tam w kasie za każdym razem ponad tysiąc euro, ale ma tą bezcenną pewność, że jeździ autem bezpiecznym i sprawnym.      Po czterech latach, kiedy Volkswagen ma już przejechane trzydzieści osiem tysięcy kilometrów, dociera do naszego bohatera, że pojazd nie jest już nowy, że kurczące się grono koleżanek z czasów wojny, nie spogląda już na niego tak samo (może z wiekiem wzrok już nie ten...). Wystawia więc swój prawie nowy samochód (kupiony za dwadzieścia dziewięć tysięcy euro, plus pięć tysięcy koszty serwisowania), nie gdzie indziej, jak na "mobiledee" i "skauciedzwadzieściacztery" (nasz dziadzio jest przecież "oblatany" w obsłudze komputera i internetu - rząd zadbał o aktywizację seniorów, więc Wolfgang śmiga po sieci i nawet konta na serwisach randkowych posiada). Auto wycenił na trzy tysiące euro, bo przecież nie sztuką jest "bujać się" ze sprzedażą pół roku - sztuką sprzedać wóz w godzinę.
    Nawet ten rekord czasowy został pobity, ponieważ akurat w momencie zamieszczenia przez kombatanta ogłoszenia, przejeżdżający w pobliżu, wyposażony w "netbook za złotówkę" z dostępem do sieci za dwieście netbooków miesięcznie oraz Iveco z lawetą i najazdami, pan Tadeusz Nicniepuka z Wielkopolski, szukając w niemieckim necie "igiełki" na handel, wcisnął Ctrl+F5 i ... doznał olśnienia. Chwycił za telefon, wybrał numer do dziadka i drżącym głosem wydukał do słuchawki:
- Iś kaufe ain Golf, iś...ee... bin...aa.. cein minuten twój haus und iś kaufe...adresen... bite und fare cein minuten! Warten!
Po otrzymaniu adresu, ręką trzęsącą się z emocji i po sobotnich imieninach szwagra, wstukał w nawigację Spottpreisstrasse 10, zawrócił i pognał po chleb dla rodziny, niczym wicher.
    Na miejscu nasz pan Tadeusz "urwał" jeszcze trzysta euro, zapakował furę na lawetę i pojechał "nach Hause"
    Auto wystawił w ogłoszeniu za dwadzieścia tysięcy złotych, "plus opłaty". Cena okazyjna, z dopiskiem, "Igła po dziadku najtaniej REZERWACJA". Bo przecież nie sztuką jest "bujać się" ze sprzedażą pół roku - sztuką sprzedać wóz w godzinę.
    Po kilku minutach od wystawienia Golfa miał już pierwszy telefon. Po drugiej stronie odezwał się zestresowany głos. Kazimierz Szukaj, zrozpaczony faktem, że pewnie ta okazja, jak poprzednie, na oglądanie których wykorzystał już cały urlop i wypuścił rurą wydechową całą pensję, też będzie miała "ryski i wgniotki" oraz inne "ślady użytkowania" i znowu pojedzie pięćset kilometrów na marne, wymamrotał:
- Ja w sprawie autka. Czy cena jest do negocjacji?
- Masz pan napisane, że do małej. I tak masz pan tanio!
Odpowiedział, już na wstępie z lekka zirytowany pytaniem Tadeusz.
- Ale takie są gdzie indziej po osiemnaście...
- Taaa, plus naprawa dwadzieścia! To jedź se pan kupić za osiemnaście! Mój nie ma nawet ryski i jest za dwadzieścia!
- A jakieś wgniecenia?
- Była ryska na zderzaku, to żem pomalował i nawet nowy zderzak żem kupił.
- A ten przebieg, to oryginalny? Ma pan potwierdzenie?
- Panie! Dziadek z 1925 roku tym jeździł. Do kościoła tylko i na zakupy. Samochodzik jest jak nowy! Lać i jeździć! Panie igiełka! Dla żony przywiozłem, ale ona chce kombi, eee ... to znaczy mniejsze chce, takie Lupo, czy coś... Że to za duże dla niej, mówi. Jak pan zobaczysz, na pewno pan kupisz. Jak nowy, mówię.
- A bezwypadkowy jest na sto procent? Bo ja rodzinę chcę wozić.
- Nawet na dwieście! Mówię, że zderzak był przerysowany i tyle.
- To niech mi pan poda adres, ja już wyjeżdżam. Tylko mam pięćset kilometrów, to myślę, że mówi pan prawdę. Jak jest porysowany - to nie kupię. Przytrzyma mi go pan do popołudnia?
- Tak jedź pan. Nie sprzedam komu innemu. Byłeś pan pierwszy, to przytrzymam.




    Po ośmiogodzinnej podróży w niewygodnym i głośnym Lanosie, oczom Kazimierza i jego zięcia ukazał się, zaparkowany na podwórku, pod stodołą, piękny, lśniący Golf VI. Oniemieli. Toż to okazja nad wszelkimi okazjami! Lakier jak nowy! Wszystko jak nowe! Prezent od obywatela niemieckiego dla obywatela polskiego!
- Zenku, pogadaj z panem, ty taki wygadany jesteś, żeby urwał jeszcze z tysiąca i bierzemy! Ten ubek spod dziewiątki na zawał zejdzie jak zobaczy cośmy trafili!
Szepnął Kazimierz do zięcia.
Zięć pogadał, Tadek urwał. Pojechali na jazdę próbną. Toż to porównania do Lanosa nie ma!- pomyślał Kazimierz, manipulując przy klimatyzacji. - Tym się płynie, nie jedzie!
- Troszkę mi go ściąga na lewo
Zauważył po przekroczeniu 80 km/h.
- Aaa... to na pewno koło dopompować trzeba.
Stwierdził właściciel, bagatelizując uwagę "przypalonego" Kazia
- No laleczka! Podoba mi się! Piszemy umowę.
Nowy nabywca nie przejął się, że w rubryce "sprzedający" (a dokładnie Verkäufer), widnieją dane jakiegoś Niemca. Widocznie tak ma być - pomyślał, podając swoje dane z dowodu.
    Zapłacili, pojechali. Z racji tego, że wskazanie zasięgu na komputerze pokładowym wyświetlało 0 km, podjechali na stację benzynową zatankować. Zjedli po hot-dogu, napompowali koła i ruszyli w dalszą podróż do domu. Wskazanie komputera nie zmieniło się - dalej zasięg był zerowy, a Golfa nadal "ciągnęło" na lewo...




Dar od wnuczka
 

    Zaraz po zdaniu egzaminów na prawo jazdy, młody Alex udał się ze swoim dziadkiem -Wolfgangiem do salonu Volkswagena, zamówić prezent obiecany na tę okazję. Wybór padł na Golfa VI z dwulitrowym silnikiem TDI. Kolor czarny, jako dodatkowe wyposażenie wnuk wybrał sobie tapicerkę ze skóry oraz osiemnastocalowe felgi aluminiowe. Po odbiorze samochodu, zarejestrowanego na dziadka, Alex zamówił sobie jeszcze sportowe zawieszenie i nietani wydech końcowy Remusa.
    Biorąc pod uwagę, że młody posiadacz Golfa VI dostał pracę w miejscowości odległej o osiemdziesiąt kilometrów i pięć razy w tygodniu musiał tam dojechać, prezent od dziadka okazał się bardzo przydatny. Przebieg Golfa rósł jednak dosyć szybko. Niestety, nowe auta nie są już tak trwałe, więc dosyć często samochód lądował w serwisie. Na ilość awarii wpływał też fakt, że chłopak, z racji młodego wieku, nie obchodził się z prezentem zbyt delikatnie. Weekendowe wypady na imprezy ze znajomymi zazwyczaj wiązały się z "paleniem gumy" (na ile moc pozwalała) i wyścigami poza miastem.
    Pewnej sobotniej nocy młody Niemiec "nie dostosował prędkości do warunków panujących na drodze" i na łuku wypadł na lewy pas, wprost pod nadjeżdżąjące z naprzeciwka auto. Huk był straszny, na szczęście poza złamaną ręką u młodego kierowcy i potłuczeniami innych uczestników zdarzenia, nic się nikomu nie stało.
    Gorzej było z naszym głównym bohaterem, czyli Volkswagenem. Lewa podłużnica przestała istnieć, poduszki powietrzne odpaliły, a siła uderzenia wyrwała wręcz silnik. Tej nocy Golf zyskał pewną cechę, właściwą pojazdom emigrującym w kierunku wschodnim - stał się autem "nur für händler oder export". Jakakolwiek naprawa auta nie wchodziła bowiem w grę z punktu widzenia bezpieczeństwa oraz opłacalności.


    Po kilku tygodniach firma ubezpieczeniowa wypłaciła Wolfgangowi pieniądze za skasowany pojazd, a ów wrak znalazł się w szeregu podobnych, na placu "Izmir Totalschaden". Śniady potomek Kara Mustafy - właściciel szrotu - wiedział, że samochód długo u niego miejsca nie zagrzeje. Cena - tysiąc osiemset euro miała pomóc szybko znaleźć na niego kupca.
    Tak też się stało. Akurat swój cotygodniowy tour szrotowy kontynuował, wyposażony w "netbook za złotówkę" z dostępem do sieci za dwieście netbooków miesięcznie oraz Iveco z lawetą i najazdami, pan Tadeusz Nicniepuka z Wielkopolski, szukając w niemieckim necie i po okolicznych "okazjodajniach" "igiełki" na handel. Gryząc, przygotowaną jeszcze w Polsce przez żonę, bułkę z kotletem mielonym i jajkiem, wszedł na stronę pobliskiego "Izmir Totalschaden". Niejedną okazję znalazł już u przyjaciela Osmana, niejeden tysiąc euro zarobił.
    Kiedy zobaczył w ofercie czteroletniego Golfa VI ze zmiętym przodem, przypomniało mu się, że ostatnio chłopaki "na dziupli" cięli właśnie takiego samego. Szybki telefon zaufania, znajomy potwierdził, że są "na stanie" części w promocyjnych cenach i pan Tadeusz ruszył do Turka po rozbitka.
Na miejscu zawahał się chwilkę, ponieważ na zdjęciach auto wyglądało troszkę lepiej, ale ostatecznie stargował trzysta euro, załadował kupę żelastwa na lawetę i pognał "nach Hause".
    Golf VI (tak przynajmniej wynikało z "papierów", bo patrząc z przodu, identyfikacja modelu była mocno utrudniona) na drugi dzień trafił w dobre ręce, a mianowicie w "ręce, które leczą", tanio leczą. Sąsiad Tadeusza - Zbyszek Blachowkręt - był naprawdę dobrym fachowcem. To znaczy potrafił czynić cuda, pod warunkiem, że nie wpadał akurat "w ciąg". Dawno temu robił nawet auta dla pewnego ASO, ale po aferze w internecie (ktoś gdzieś wygadał się, że serwis naprawia blacharkę u podwykonawcy w stodole, pojawiły się zdjęcia i zrobił się mały skandal) zerwano z nim umowę. Wtedy to właśnie urażona ambicja Zbyszka pchnęła go w "nadużywanie". Reasumując - fachowiec dobry, ale jak się ręka trzęsie, to "kątówka" lubi czasem sama zadecydować, jak ciąć blachy...
    Ponad miesiąc miejscowy "rzeźbiarz" walczył w przydomowym warsztaciku, by to coś, co przedsiębiorca "przytargał" z Niemiec wyglądało jak Golf VI. Kłopoty ze sprzętem oraz wspomnianym już utrzymaniem równowagi sprawiły, że wstawiona ćwiartka nie do końca równo "siadła". Ale, jak to stwierdził Donatello fachu blacharskiego - "trochę płaskownika, parę podkładek i będzie bezwypadek". Tak też się stało. Po ciężkich bojach z oporną materią, z blacharnio-lakierni wyjechał bezwypadkowy Golf "po dziadku"...



Dwa tygodnie później:
- Toż to okazja nad wszelkimi okazjami! Lakier jak nowy! Wszystko jak nowe! Prezent od obywatela niemieckiego dla obywatela polskiego!
Krzyknął do zięcia oniemiały z wrażenia Kazimierz Szukaj...























wtorek, 11 grudnia 2012

Co jedzą zderzaki?

   Jest zima, spadł śnieg. Mamy jeszcze dodatkowo rozdmuchiwany wszędzie kryzys. Ogólnie rzecz biorąc nie jest dobrze. Ludzie tracą pracę (Fiat ma zwolnić 1500 osób), auta się nie sprzedają, zwierzęta w lasach też mają niewesoło - pokarmu coraz mniej.
   Przeglądając dzisiaj portal ogłoszeniowy zauważyłem coś niepokojącego. Tej zimy źle się dzieje także samochodom. Jeżeli jeszcze da się zapobiec zmarznięciu lamp, przez naciągnięcie na nie maski (cóż za troska...), to gorzej jest z pożywieniem dla zderzaków. Może to jednostkowy przypadek, czyli taki, który zdarza się żadko, ale ja będę bacznie obserwował żeczywistość. Głodne zderzaki mogą być groźne dla pieszych, dla zwierząt i może jeszcze dla kogoś. Dokarmianie zderzaków zimą powinno być odgórnie rególowane przez państwo. Może ktoś się zlituje nad biednym, niedożywionym GT TDI Sport Turbo Cupra GTI EVO1 Tuning Zamiana?
   Ja nie mam czasu. Idę na plac naciągać maski na lampy...



Link do ogłoszenia


piątek, 7 grudnia 2012

Król szczurów

Prawdziwy szczur, wzorzec szczura - bez kamuflażu

   Uwielbiam stare graty. Każdy, kto czytał moje teksty, raczej wie o tym doskonale. Taki piętnasto, dwudziestoletni wehikuł budzi we mnie zawsze dreszczyk emocji. Po pierwsze - nie sprawdzam dokładnie stanu technicznego. Nie chce mi się.  Jak silnik odpala, nie dymi, korbowody nie mówią do mnie, że chciałyby wyjść już na zewnątrz... bokiem, a całość nie sprawia wrażenia, że za młodych lat pan Henio Migomat uczył się na tym egzemplarzu, jak pospawać to do kupy, by przy hamowaniu przednia szyba nie przebiła opon - biorę. Po drugie - kiedy już kupię, zawsze czeka mnie niespodzianka. A to kluczyki nie pasują do zamków ( dzwonię do właściciela i pytam, gdzie ma dodatkowy klucz, na co ten z rozbrajającą szczerością wypala mi: "przecież chyba wspomniałem, że nie da się zamknąć... ja w ogródku stawiam, u nas nie kradną..."), a to znowu przemiłe małżeństwo nie wspomni, że dwa koła są przebite i napompowane zostały na kilka minut przed moim przyjazdem, żeby nazajutrz zapewnić mi gimnastykę, albo diesel rano już nie odpali, bo pompa wtryskowa od dawna, do przebudzenia potrzebuje "walnąć" setkę Plaka w kolektor...

G#wno w sreberku z napisem Lindt

  Tak bywa. Jeśli auto nabyłem tanio - jest kupa śmiechu, mechanik się cieszy, ("...bo jeść trzeba"), a ja jakoś i tak kilka groszy zarobię. Gorzej jak w przypływie miłości do świata zapłacę za "trupa" dość wysoką cenę. A zdarza się i tak. W kupionym zeszłej zimy, nieodpalającym z powodu braku akumulatora Fiacie Punto, okazało się, że trafił oszust na większego zawodowca. Taki miły sprzedający, że do głowy by mi nie przyszło nie wierzyć w jego zapewnienia o wyjątkowym stanie auta. Był mróz, padał śnieg, lenistwo wzięło więc górę - nie odpalałem, nie patrzyłem pod spód, zapłaciłem dużo, ale na pierwszy rzut oka - warto było. Z perspektywy czasu myślę, że i tak się opłacało, bo jest co wspominać. W pierwszej kolejności, kiedy motor "zagadał" dowiedziałem się, że już dawno temu uszczelka głowicy eksmitowała się z tego silnika - powiedziała mi o tym chmura dymu, a potwierdziła to czerwona żaróweczka na tablicy wskaźników (swoją drogą, kocham takie rozwiązania - producent zamiast szarpnąć się na parę groszy i umieścić w desce rozdzielczej zwykły, tani zegar wskazujący temperaturę, nie chcąc stresować użytkownika, założył czerwoną żaróweczkę, która nie informuje, że zaczyna się dziać coś złego. Ona zapala się, by dać znać o wydrukowanym już akcie zgonu). Chwilę po odpaleniu silnika zapukał do mnie również sworzeń tłoka - zacytowawszy słowa piosenki A. M. Jopek "... ja wysiadam" - wysiadł. "Nie ma mnie dla nikogo" Paktofoniki zaśpiewała podłoga po zaglądnięciu na nią, a skrzynia biegów przemówiła do mnie głosem kury. Takie muzykalne auto kupiłem. Tylko melodyjki nucone przez włoski "cud techniki" brzmiały mniej więcej jak szlagiery Berlusconiego. Przy tej liście przebojów, brak klocków hamulcowych  i tarcz, przegnity łącznik elastyczny wydechu to już tylko niewarte wzmianki drobiazgi.
   W ten dzień poczułem się tak, jak zapewne czuje się mąż, który po powrocie z pracy zastaje żonę z facetem w łóżku, po chwili dowiaduje się, że ona jest z nim (tym z łóżka) w ciąży, a po sekundzie przypomina sobie, że miesiąc temu przepisał na nią swoje mieszkanie, samochód i całą resztę, by uniknąć windykacji z Pobieraczka.
   Tak już jest - raz na, a raz pod wozem. Mimo to lubię stare samochody. Dwudziestoletni W124 D lub E36 TD mają absolutnie bezawaryjny i bezobsługowy brak DPF-u (jedyne, co muszę czasem w takim dieslu wypalić, to resztki oleju "Kujawskiego", bądź opałowego z baku, odziedziczone po poprzednim właścicielu), nigdy nie wysiadają w nich pompowtryski, listwy common rail, a wszystkie moduły elektroniczne działają bez zarzutu, z tej prostej przyczyny, że ich budowa jest tak skomplikowana, jak umysł typowego celebryty z Pudelka (choć nie wiem, czy to porównanie jest dobre - moduły działają, wspomniane umysły - niekoniecznie).

Szczur różowy

   Przy sprzedaży "szczura" trzeba wykazać się jednak wielką cierpliwością i spokojem. Uwielbiam klientów, którzy przychodzą obejrzeć stare, tanie auto i nie spodziewają się, że za dwa tysiące złotych będą mieli oryginalny stan, folię na fotelach, lakier fabryczny na wszystkich elementach. Taki człowiek zazwyczaj kupuje u mnie auto, ponieważ większość usterek usunąłem, a pozostałe zazwyczaj nie dyskwalifikują wehikułu. Zdrowe podejście do sprawy to jednak rzadkość. Wymagania przy samochodzie w cenie roweru, są najczęściej takie, jak przy zakupie pojazdu prawie nowego. Poniżej wrzucam ogłoszenie sprzedaży Micry - ten samochód miał zgnity prawy próg i małą dziurkę pod fotelem. Technicznie - niemal idealny. Do kupienia był, w takim stanie, za cenę przechodzonego CC700. "Oglądaczo-poszukiwacze"  uciekali od niego w takim tempie, że zastanawiałem się, czy nie zjedli czegoś, co zmuszało ich do natychmiastowej wizyty w WC.
   Przy tym Nissanie zrozumiałem dokładnie, o co chodzi wszystkim "piankowpychaczom stodołowym", picującym auta za pomocą ogólnodostępnych materiałów budowlanych. Oni po prostu dają ludziom to, czego tamci oczekują. A oczekują ładnego wyglądu. A czy to ważne, że wygląd ten utrzyma się najwyżej przez miesiąc? Może być g#wno, byle owinięte w sreberko!
   Micrę zrobiłem w końcu u blacharza (bez użycia zapychaczy, więc nie było tanio) i sprzedałem w ekspresowym tempie. Mam nadzieję, że po zimie próg jeszcze będzie na swoim miejscu...

Ogłoszenie (wersja zmieniona po naprawie blacharki):


  
Gryzoń wyleczony

   Mam do sprzedania ładnego Nissana Micrę z bardzo ekonomicznym i mocnym silnikiem 1.3 16V o mocy 75 KM. Ten pełnoletni samochód potrafi jeszcze zadziwić - szczególnie swoim przyspieszeniem i tym, jak trzyma się drogi na zakrętach. Jest to rewelacyjne auto do miasta, nadające się też na dalsze wyjazdy (oczywiście mam tu na myśli piknik poza miastem, bo nad morze bym nim nie jechał - za ciasny, za stary). Osobiście używam go na codzień i mogę przyznać, że jest to pewny samochód, który raczej nie odmówi posłuszeństwa na drodze. Mi przynajmniej nie powiedział jeszcze "nie pojadę".
   Silnik pracuje cały czas na pełnym syntetyku Mobil 5W50!!! Gwarantuje to raczej idealny stan jednostki napędowej. Olej był wymieniony około 3 tysiące kilometrów temu, więc nie trzeba go ruszać.
Polecam ten samochód każdemu, kto szuka taniego, ale sprawnego i niezniszczalnego samochodu na dojazdy do pracy, do szkoły. Kwota, którą trzeba na niego wydać, nie wystarczyłaby na zakup w miarę dobrego roweru, a tu mamy całkiem dobre auto, w którym w przeciwieństwie do jednośladów - nie będzie nam padał deszcz i śnieg na głowę i nie odmrozimy sobie stawów, bo działa ogrzewanie!


Wyposażenie:
- koła (nawet aluminiowe 14 calowe, w pięknym stanie)
- drzwi (nawet 5 sztuk i wszystkie się otwierają i zamykają)
- kierownica (przy obracaniu w prawo, auto skręca w prawo i analogicznie - przy obracaniu w lewo, samochód jedzie w lewo)
- pancerna blokada lewarka zmiany biegów (to w razie gdyby jakiemuś "pasjonatowi" wiekowych Nissanów spodobało się auto. Prawdopodobieństwo kradzieży mniej więcej takie, jak dożycia do obecnego wieku emerytalnego, więc blokada mi służy jako podłokietnik)
- w promocji dokładam jeszcze kilka pęcherzyków rdzy na błotniku przednim prawym

Auto zostało pierwszy raz zarejestrowane w 1994 roku. Ważne opłaty (OC i przegląd).

- Proszę dzwonić do godziny 20:00, po tej godzinie zazwyczaj głuchnę i nie słyszę telefonu.
- Nie prowadzę handlu obwoźnego, więc jeśli masz zamiar proponować mi, żebym gdziekolwiek podjechał pokazać Ci samochód, od razu uprzedzam - nie ma takiej siły, która by mnie do tego przekonała!
- Pisanie do mnie smsów, to tylko strata ....* PLN (*stawka Twojego operatora)
- Dzwonienie z numeru zastrzeżonego, to marnowanie baterii.

Pozdrawiam Was!

poniedziałek, 26 listopada 2012

Rodzaje kupców 9 oraz BX i Człowiek Zagadka

Rozdział 1
Dzwonię, bo muszę sformatować baterię




Zdjęcie bez większego związku z tekstem



   Witam Was. Dzisiaj napiszę w kilku zdaniach o typie klienta, który doskwiera mi szczególnie tej jesieni (wiem, że nie tylko ja mam z nim styczność. Kolega, nie handlarz, który sprzedaje swojego Scenica, ma podobnie). Robocza nazwa kupca -  "Dzwonię, bo mi minuty zostały". Na wstępie posłużę się przykładem. Dzwoni telefon, odbieram.
- Ja w sprawie "X", czy aktualne?
- Tak, oczywiście.
- Gdzie ją można zobaczyć?
- W Krakowie, na Osiedlu Zgnitej Podłogi.
-  Aha, a auto ma zimówki?
- Tak.
- A wymaga wkładu finansowego?
- Nie. Poza wkładem w zakup, ten samochód na obecną chwilę ma usunięte wszystkie usterki i jest całkowicie sprawny.
- A klima działa?
- Tak, była serwisowana w kwietniu.
- Aha... to jakby coś, będę jeszcze dzwonił.
   I oczywiście nie ma już  "jakbycosia". Po takiej rozmowie zastanawiam się, na czym poległem... Czy pan szukał auta bez zimówek i odpadło to, które je miało? Czy pan szukał samochodu wymagającego naprawy, bo nie może wytrzymać z żoną i musi mieć pretekst, żeby siedzieć całymi dniami w warsztacie? A może ten kwiecień nie odpowiadał? Ja też chyba nie kupiłbym czegoś, co miało odgrzybianą klimę w kwietniu... Sam nie wiem. Takich telefonów mam ostatnio dziesiątki. Już mi się nie chce nawet odbierać połączeń z numerów niezapisanych w książce telefonicznej. Rekordziści potrafią truć mi d#pę przez dwadzieścia minut i kiedy jestem już pewien, że zachęciłem do oglądnięcia i zakupu, słyszę sakramentalne - "zadzwonimy do pana". I nigdy nie dzwonią. Coś robię źle. Nieważne, czy mówię uczciwie o mankamentach, czy też rozmowa jest na temat auta całkowicie sprawnego, które większych wad nie posiada, kupiec "Dzwonię, bo mi minuty zostały" zabiera czas, po czym kończy rozmowę i zapewne wystukuje *101#, by sprawdzić, czy udało mu się wykorzystac już wszystkie zbywające minuty z kończącego się okresu rozliczeniowego, czy też powinien wybrać sobie jeszcze jakąś ofiarę, bo mu nie przejdą na nowy okres w "pleju". Tu rozmawiał o czarnym Seicento, ale teraz zadzwoni jeszcze do właściciela białego CLSa. A co tam! Przez tych kilka minut on czuje się jakby już jeździł autem z ogłoszenia, a sprzedający (w tym także ja, ha  ha ha) zaciera ręce i w głowie liczy już zarobione miliony.
   No cóż, taka już dola każdego sprzedawcy. Musi rozmawiać z wieloma ludźmi, którzy nie mają najmniejszego zamiaru kupować jego asortymentu, ale za to mają nieskończoną ilośc czasu...

Rozdział 2
BX i Człowiek Zagadka


   I jeszcze mała ciekawostka odnośnie Beiksa. Umówił się ze mną na oglądanie "Człowiek Zagadka". Przyjechał w nocy, obejrzał auto w garażu. Wady zewnętrzne - prawy bok z niefabrycznym lakierem i miejscami szpachlą, o grubości trzysta mikrometrów, poznał i zaakceptował. Na pytanie, czy zgodzę się pojechać za dwa dni na sprawdzenie auta w warsztacie - ochoczo odpowiedziałem, że bez najmniejszych obaw pojadę. Ów warsztat (znany w Krakowie) znajdował się oczywiście na drugim końcu miasta. Umówiliśmy się co do ceny (zszedłem w dół dużo). Przyjechałem więc w wyznaczonym terminie. Mechanik (chyba właściciel Znanego Warsztatu) wjechał na ścieżkę diagnostyczną ( tak waściwie, trochę obawiałem się, co zobaczymy pod spodem, ponieważ nawet tam nie zaglądałem). Na rolkach sprawdził najpierw  hamulec przedni, następnie wjechał tylną osią i nacisnął w pierwszej kolejności pedał hamulca zasadniczego, a nestępnie.... pociągnął z dźwignię ręcznego! Znany Mechanik ze Znanego Warsztatu stwierdził natychmiast, że BX nie ma wcale ręcznego! Umarłem... Poprosiłem go więc, by cofnął na rolki i zaciągnął ręczny, kiedy będą na nich koła przednie. Oczywiście Citroen aż wyskoczył ze stanowiska do sprawdzania hamulców. Nagle ręczny się nalazł, tyle że widocznie w nocy powędrował sobie do przodu... "Ekspert" udał oczywiście, że zapomniał jakie auto sprawdza. Amnezja trwała jeszcze przez moment, bo po teście amortyzatorów stwierdził, że niebawem trzeba będzie je wymienić ( tak, amortyzatory!), ponieważ mają około siedemdziesiąt procent sprawności. Mogłem go poprosić, żeby sprawdził, czy przypadkiem sprężyny nie są pęknięte - i pewnie poszedłby sprawdzać... Taki jakiś złośliwy jestem. Przecież nie każdy mechanik (i pewnie nawet diagnosta - to była też SKP) ma obowiązek wiedzieć, że:
- Citroen BX ma hamulec ręczny na osi przedniej
- Citroen BX posiada zawieszenie hydropneumatyczne, więc typowych amortyzatorów, choćby jak szukał, poza teleskopami tylnej klapy (może o nich mówił), tutaj nie znajdzie.
Ale do rzeczy - po wejściu do kanału zobaczyłem widok, którego nie powstydziłoby się niejedno auto kilkuletnie. Jak na dwadzieścia jeden lat - rewelacja. Do wymiany kwalifikowała się tylko jedna gumowa osłona przegubu i w najbliższej przyszłości - chłodnica wody (pociła się już - wiek jest tutaj usprawiedliwieniem). Reszta elementów i podłoga - bez zarzutu.
   Po sprawdzeniu, wyjechaliśmy na zewnątrz - kupujacy chciał "się przejechać". Stwierdził, że auto prowadzi się rewelacyjnie. Ogólnie był ze wszystkim na "tak". Znegocjował jeszcze dwieście złotych z ceny uprzednio znegocjowanej i zapewnił, że prześpi się z tematem i sfinalizujemy transakcję na drugi dzień.
   Człowiek Zagadka śpi do dzisiaj. Może to był przebrany niedźwiedź? W końcu mamy listopad...
W celu wyjaśnienia dodam, że na twarzy i w gestach "Znanego Mechanika" widziałem pełną aprobatę dla Beiksa, więc "ostudzenie" klienta raczej odpada, cena wynegocjowana została na taki pułap, że za podobną kwotę "chodzą" różnokolorowe Beiksy, którymi na pierwszą, drugą i dziesiątą przejażdżkę można zabrać się tylko do warsztatu.
   Nie wiem sam... Człowiek Zagadka.
   Wiem natomiast, że straciłem trzy godziny i przejechałem trzydzieści kilometrów - na marne. Kolejny klient, chcący sprawdzić jakiekolwiek auto, będzie się mógł spotkac ze mna w warsztacie, w promieniu dwóch kilometrów od miejsca postoju mojego samochodu. Nie pojadę nigdzie i już!
Pozdrawiam Was wszystkich! ;-)

wtorek, 6 listopada 2012

Kupiłem Beiksa!

Cudo!



   Witam Was po kilkudniowej przerwie. Niestety, tak jak już wcześniej pisałem - przez jakiś czas częstotliwość wpisów bedzie mniejsza. Przyczyna jest prosta - brakuje mi czasu. W "poczekalni" stoi od kilku tygodni Ibiza, którą chciałbym dokończyć i wystawić do sprzedania, ale jak dotąd stoi... I czeka... Do połowy zmatowiona papierem ściernym, trochę pooklejana taśmą, zakurzona... Czeka też Seicento, z wiecznym akumulatorem (po 8 tygodniach postoju na zewnątrz, kręci jak nowy!). Aż się sąsiedzi zaczęli martwić, czy wszystko u mnie w porządku. W międzyczasie znalazłem chwilkę, by kupić ciekawe auto. Ten samochód, to Citroen BX. Oczywiście nie nabyłem go z myślą o pozostawieniu dla siebie. Po umyciu i odkurzeniu pójdzie "do ludzi". Nawet nie trzeba go picować - istna "perełka"! Samochód ma dwadzieśia jeden lat, a wygląda lepiej, niż niejeden "kilkulatek". BX posiada, jak wielu zapewne wie - zawieszenie hydropneumatyczne, z czterema nastawami wysokości:
-pierwsza pozycja  - "nie pojadę, bo szuram"
-druga pozycja - do "spokojnego lansu pod cmentarzem" (tak, oczywiście - we Wszystkich Świętych było to moje "auto do kościoła". Wszyscy napotkani "ciekawi świata" znajomi mieli o czym później gadać przy kotlecie i rosole - patrzyli na mnie  z litością i współczuciem - pewnie już wiedzą, że kryzys i bieda dopadły i mnie).
-trzecia pozycja - "żaden krawężnik i klomb nie da mi rady"
-czwarta pozycja - "żona nie doskoczy do klamki"
   Oczywiście pierwszą czynnością, którą chciałem zrobić już po zakupie, było pociągnięcie "wajchy" od zawieszenia na pozycję czwartą (kiedy kupowałem auto, padał śnieg i nie chciało mi się nic sprawdzać  - zobaczyłem tylko, że jest w jednym kawałku, zapłaciłem i pojechałem). W obawie przed katastrofa ekologiczną - wyjechałem z bruku, pociągnąłem za gustowną dźwignię (wystający z tunelu środkowego pręt) i o dziwo... nic nie wybuchło! Auto podniosło się na taką wysokosc, że mógłbym spokojnie wymieniać spalone żarówki w latarniach.
  Tak więc Beiks działa jak należy, wygląda pięknie i bardzo mnie cieszy. Po co kupiłem taki skansen? Chyba dlatego, że oglądałem kilka tygodni temu na TVN Turbo program z udziałem Citroena BX i pomyslałem sobie, że chciałbym takim autem pojeździć. W końcu handel autami pozwala mi realizować swoje marzenia z dzieciństwa (dużo różnych aut i przed każdym wyjazdem mogę się zastanawiać, którym pojadę teraz). Co prawda mojemu Citroenowi BX 1.6, do GTI trochę brakuje, ale spoiler z tyłu ma...

Jestem prawie GTI ;-)

   A  najbardziej cieszą mnie spojrzenia i zachwyt tej części społeczeństwa, dla której dwudziestoletni samochód, tak zachowany, nie jest wyznacznikiem kryzysu i utraty pracy. Są ludzie (mniejszość niestety), którzy potrafią dojrzeć w posiadaczu Beiksa kogoś, kto fascynuje się motoryzacją. Jeżdżę dumny, bo przez kilka dni  moja nowa "fura" usłyszała więcej komplementów, niż wszystkie dotychczasowe auta razem wzięte :-) Sąsiad z ADHD stwierdził, że poprzedni właściciel stracił dwadzieścia lat życia na dbanie o to auto, a kiedy uszkodził przedni zderzak, "siadła mu psychika" i się powiesił...
A tu chyba nikt nie jeździł...

   Tak więc chciałem Wam powiedzieć, że żyję, teksty nowe będą, tylko trochę rzadziej. Jak już sie "odrobię" z zaległości, będę miał trochę więcej czasu na napisanie sensownego posta. Myslę, że maszynowe tworzenie tekstów, byle coś napisać, nie jest dobrym pomysłem i po kilku "gniotach", napisanych "na odczepnego" (choć nie twierdzę, że poprzednie posty były merytorycznymi i literackimi dziełami), przestalibyście tu zaglądać.
   Tekst dzisiejszy nie jest ogloszeniem sprzedaży (czasem ktos mógłby tak go odebrać). Zamierzeniem moim jest pochwalić się Szanownym Czytelnikom, jakim pięknym samochodem ostatnio  się "lansuję":-) i potwierdzić, że żyję!

Pozdrawiam Was serdecznie i zapraszam! Zaglądajcie.

wtorek, 23 października 2012

Tico w kurniku


   Wczorajszy dzień zaczął się byle jak. Mały Nieśpioch zasnął około 1:00, następnie przez 2 godziny czytałem, by zasnąć o 3:00 nad ranem. Wszystko byłoby w normie, ale o 6:00 zaplanowałem sobie pobudkę - umówiłem się bowiem na 8:00  z właścicielem bolidu, o jakim każdy z Was pewnie marzył i o jakim wielu śni do dzisiaj. Ja miałem swoje marzenie spełnić rano - po trzech godzinach snu. Ów bezkompromisowy bolid, to coś, co dopuszczenie do ruchu w naszym kraju otrzymało niegdyś warunkowo (czytaj - Xeng Lao Dup zapłacił komu trzeba i dostał papierek), ponieważ nie wyposażyła go fabryka w łamaną kolumnę kierowniczą. Swoją drogą - co znaczy "warunkowe dopuszczenie do ruchu"? Czy oznacza to, że kierowca może poruszać się w promieniu stu metrów od domu? ( Ja bym sie tym dalej nie wybierał)  Czy auto takie powinno mieć jeden bieg, by zapobiec rozwinięciu prędkości większej niż  20 km/h? Czy kolumnę kierownicy ktoś poprosił, by warunkowo nie zabiła kierowcy w razie wypadku? Paranoja jakaś... Ale "w Polsce żyjemy drodzy Panowie.." (i Panie).
   Tico, bo o nim wcześniej była mowa stało sobie obok kurnika. Tak szczerze mówiąc - nie wiem co było ładniejsze - koreańczyk, czy zbity z desek domek dla kur. Miało być niezgnite. Już w trakcie rozmowy telefonicznej mocno mnie ta cecha zastanowiła, ale skoro właściciel z taką pewnością to stwierdzał, uznałem, że jakiś ewenement zobaczę na miejscu. I zobaczyłem... Coś, co progów, drzwi i podłogi nie miało już od lat. Nawet kur nie można by tam trzymać, bo uciekłyby z pozamykanego auta przez dziury w nadwoziu. Co większe kratery załatane były kawałkami blachy ... przykręconej blachowkrętami! Działanie antykorozyjne miała zapewnić zielona farba, która pewnie została po malowaniu płotu, i którą ktoś pomazał skorodowane miejsca. W środku - kurnik. Podejrzewam, że ptactwo domowe nieraz tam nocowało, a już na sto procent używało samochodu jako ubikacji. Zgroza! Zapytałem tylko niedoszłego "pozbywcę", dlaczego nie powiedział mi, że takie coś zobaczę na miejscu... Nie czekałem na odpowiedź. Już myślami byłem przy Megane Coupe, które miałem obejrzeć dwadzieścia kilometrów od zagrody.
   Pan od Renault jednak nie odbierał telefonu. A umówiliśmy się... Na smsa też nie raczył odpisać. No coż, sprzedał komu innemu, ale już na poinformowanie o tym zbrakło odwagi.
   Spotkanie z ptactwem i rdzą do tego stopnia pobudziło mą duszę poety, że postanowiłem uwiecznić ten obraz w rymach... Oto moje doznania, zamknięte w kilku strofach:


Tico w kurniku

W pewnej małej miejscowości, ktoś by rzekł, w tycim miasteczku
stało w błocie, więc upstrzone Tico w kurnym ogródeczku.
A że lato już za nami, czasem zimno, czasem dżdżyście
Kury w Daewoo zamieszkały, czuły się w nim ze#e#iście.
 
Kuchnia, co prawda na zewnątrz, by swobodnie ziarno dziobać
W środku za to miały WuCe, w bagażniku garderoba.
W garderobie pierza tony, w ubikacji ekskrementy
Tak to skończył nasz samochód - Koreańczyk, ten przeklęty.
 
Co dla jednych zgrabnym autem, dla innych jeźdżącą trumną -
- z dopuszczeniem przez łapówkę, z niełamiącą się kolumną.
Warunkowo go do ruchu dopuszczono, wbrew logice
Bo minister się wybierał na wakacje za granicę
 
All inclusiv nie był tani, no i jeszcze jacht i porsche...
I tak w polskim NCAP nawet Volvo bywa gorsze
Ale, do rzeczy wracając - cóź tu po mnie? Myślę struty.
Kupy boję się jak ognia, w kupach całe mam już buty!
 
Ekolodzy mnie zlinczują, gdy odbiorę kurom kibel
Do kup kurzych się przykują z transparentem - na pohybel!
Śmierć handlarstwu, na brezencie ekofarbą też pomażą
Dręczyciela biednych niosek na ostracyzm eko-skażą.

Nie patrzę więc na te dziury, które w progach i w podłodze,
nie zaglądam też pod maskę - omijając miny chodzę.
Zmierzam ciągle w stronę auta, lecz mojego, nie z Korei
Myśląc o tym, jak tu ruszyć, by nie ugrząźć w kurzej brei.
 
Uff, ruszyłem! Ocalony! Buty o trawę wytarte.
Z Tico jestem wyleczony - dla mnie Tico nic nie warte.
Na psychice mej odbiło piętno, niczym krwawe blizny.
Bym się w ptactwo nigdy nie pchał - nie ruszał ich ojcowizny.


   Nadziei jednak nie straciłem. Ten dzień nie mógł być aż taki zły - jeszcze czerwone E36 miałem umówione na popołudnie. Poranna wycieczka - około sto kilometrów - miała się odrobić z nawiązką.
   Historia tego BMW była krótka. Początek jej datuje się na kwiecień 2012, kiedy to dwoje ludzi kupiło w komisie białą E36. Po przyjeździe do domu stwierdzili, że białe jest brzydkie i trzeba to jakoś zmienić, a że po remoncie elewacji zostało im wiaderko czerwonego akrylu, marnotrawstwem byłoby go nie wykorzystać...


   Nie będę się rozpisywał o tym, jakie piekne było E36. Skoro już "porymowałem" raz, to czemu nie spróbować drugi... W kilku słowach zatem:
Kupiłem se Bete, nie patrząc na barwę
Pod domem żem ujrzał, że ona jest biała.
Biała jest do dupy, ale ja mam farbę
Chlusnę w furę z wiadra - już czerwona cała!
 
 
No cóż - parafrazując Juliusza Cezara - przybyłem, zobaczyłem, wy#pie#doliłem...
A skoro jestem już myślami w Rzymie, najtrafniej moje wczorajsze osiągnięcia oddaje inny cytat - "diem perdidi..."
 

czwartek, 18 października 2012

Udało się!!!



Hurrra!!!
   Po milionowym telefonie do Jaśnie Pani Pomocnik-Komornik udało mi się nakłonić tą, jakże pomocną osobę, do krzyknięcia do kolegi przy biurku obok, by wysłał ten "pieprzony faks". Jestem z siebie dumny! Kocham Panią, Pani Pomocnik-Komornik! Z takimi osobami można współpracować. Myślę, że każdy dłużnik, który próbuje się dogadać z komornikiem, w celu spłaty zadłużenia, ma w tej kancelarii takie same szanse, jak były więzień na pracę w policji.
   Ależ to cudowne uczucie, po osiemnastu dniach załatwiania, czekania, proszenia, upokorzania się, usłyszeć w słuchawce - "wyślij ten faks", pieprzony, w dodatku! Może na wstępie powinienem przelać na ich konto równowartość połączenia telefonicznego? Sam już nie wiem. Może biedny komornik nie ma w biurze faksu i wysłanie dokumentu wiąże się z wędrówką na pocztę i staniem w kilometrowej kolejce innych komorników, chcących wysłać pisemko? To już nie jest ważne. Faks dotarł, a Kierowniczka Wydziału Komuny łaskawie nacisnęła "enter" i cudownym sposobem Accent się odblokował!
   Pani, która kupiła auto, już je zarejestrowała i muszę koniecznie dodać jedno - wiadomo, że w wielu tekstach śmieję się z dzwoniących, kupujących... taką już mam naturę. Kompleksy chyba przemawiają. Rzadziej jednak w moich postach goszczą kupujący, ukazani w pozytwnym świetle. Oczywiście, to wszystko tak nie wygląda, ponieważ jasne chyba jest, że wyśmiewam się z tego, co śmieszne, denerwuję się na to, co denerwujące. Tak jak w mediach - nikt nie pisze, że trawa się zieleni, drzewa kwitną, ptaki śpiewają... Nikt w TV nie mówi, a w gazecie nie pisze o tym, ponieważ odbiorca chce krwi. Widz, czytelnik, słuchacz z ciekawością pochłania afery, bomby, wypadki, morderstwa. Ja jestem trochę jak "tefałeny" i "superekspresy". Kto by czytał o tym, że mam Opla w ładnym stanie, który po przekręceniu kluczka odpala i jest zielony, i ma radio na CD bez mp3? Kto chciałby przyczytać, że po Alfę przyjechał pan w czarnym swetrze, z dwójką dzieci i auto mu się podobało, więc kupił...

Na takim sprzęcie czaiło  się  przy
"REC-u", kiedy w "Trójce" puszczą
"Final Countdown". I zawsze, zanim
udało się nacisnąć "zapis" - początek utworu,
ten najbardziej "chciany", umykał...
   Kiedy chodziłem jeszcze do podstawówki, każdego dnia, około 12-tej w południe Program 1 Polskiego radia nadawał Kwadrans Rolniczy i podawał stany wód głównych rzek Polski ( do dzisiaj pamiętam - "... w Zawichoście ubyło cztery, na Narwi w Ostrołęce przybyło dwa..." wiem też, że przez Włodawę przepływa Bug...). Tak na marginesie - pamiętam to tylko temu i kojarzy mi się to źle, bo kiedy ta audycja rozbrzmiewała w moim "Kasprzaku na licencji Grundiga", musiałem brać tornister (kto wtedy widział jakieś plecaki "Najki", czy "Puma"? Miałem skajowy tornister z nadrukowanym pie#do#onym muchomorem!) i wychodzić do szkoły na 12:30.
Taki miałem, tylko z MUCHOMOREM

 
   Ale do rzeczy - gdybym pisał o "stanach głownych rzek", pewnie czytałbym sobie swoje teksty sam. A skoro jest pewne szersze grono Szanownych Czytelników - opowiadam o tym, co mnie cieszy, ale najczęściej o tym, co mnie doprowadza do szału, bo wiem, że nie jestem sam z podobnymi odczuciami. Was pewnie też szlag trafia w urzędach, trafia Was, kiedy szukacie samochodu i każdy sprzedający pie#doli jaki to jedyny egzemplarz posiada, wpadacie w szał, kiedy chcecie sprzedać auto i pojawiają się kupujący w stylu tych, którym poświęciłem kilka wcześniejszych postów... Nie jestem sfrustrowany, ani rozgoryczony (a z takimi opiniami też się gdzieś spotkałem), jestem takim "niby-tefałenem". Ma być krew? Jest krew...
   I znowu do rzeczy - Pani, która kupiła Accenta, to zwykła osoba, taka, o której przed całą aferą z komornikiem, nie przyszłoby mi do głowy pisać. Dzisiaj, muszę kilka zdań jej poswięcić.
   Myślę, że prawie każdy, gdyby dowiedział się, że "nabyty drogą kupna" (niezły bełkot, ale prawnik tak mówił, to znaczy, że chyba to mądre stwierdzenie jest ...) samochód jest zablokowany przez komornika - natychmiast robiłby aferę, wyzywał sprzedajacego od oszustów i na sto procent bałby się, że właśnie wtopił pieniądze i ich już nie odzyska. Ta pani zachowywała się spokojniej ode mnie. Niczym się nie przejęła, nigdy się nie zdenerwowała, nawet cierpliwie czekała przez cały ten czas, nie wydzwaniając do mnie co chwilę, by upewnić się, czy jeszcze odbieram telefony... Ona nawet wierzyła w moje wytłumaczenie przedłużającego się oczekiwania na zdjęcie blokady. A było to tłumaczenie niezbyt wiarygodne... Chylę czoła. Ja wiem, że kupiony Hyundai, to auto za jedną średnią krajową, więc ktoś powie, że nie ma o co się denerwować, ale dla kogoś te trzy tysiące złotych, to jest wielka kwota i być może przez długi czas oszczędzał, by kupic tę pułapkę. Nie wiem, z kim ta kobieta miała wcześniej do czynienia przy okazji zakupu poprzednich samochodów, bo zdziwiło mnie, że dziękowała mi za to, że sumiennie zająłem się tą sprawą i nie "wypiąłem się na wszystko"...
   Takich bezproblemowych i opanowanych kupców, wszystkim Wam życzę i ... idę spać.

wtorek, 16 października 2012

Wziął karabin i zaczął strzelać do ludzi...

  


   Takie informacje raz na jakiś czas pojawiają się w mediach. Dowiadujemy się, że jakiś X z niewyjaśnionych przyczyn (jak je wyjaśnić do końca, skoro najczęściej X ginie, trafiony przez snajpera) zaczął strzelać do ludzi wokół. Zaczynam niektóre przypadki rozumieć. Jasne, że potępiam, że uważam takie zachowania za coś, co nigdy nie powinno mieć miejsca i broń Boże, nie propaguję tutaj i nie pochwalam zbrodni oraz tego typu zachowań. Ja tylko myślę, że wszystko ma swe przyczyny... Jedna rzecz nasuwa mi się w dniu dzisiejszym.
   Sprawa z Hyundaiem, o której pisałem TUTAJ, toczy się dalej. Ustawowy termin czternastu dni minął, samochód w dalszym ciągu jest zablokowany. Komornik w zeszłym tygodniu wydał decyzję o zdjęciu bezprawnie nałożonej blokady z auta. Podobno w środę wysłane zostało pismo do Wydziału Komuny, który nieszczęsną blokadę niesłusznie nałożył. Pismo nie dotarło do dzisiaj, a akurat dzisiaj nowa właścicielka jest już na skraju utraty cierpliwości, czemu nie dziwię się wcale.
   Kierowniczka wydziału stwierdziła, że listu z decyzją komornika nie dostała, ale może zdjąć blokadę, jeśli dotrze do nich faks od niego (faks z wpisaną w ustawieniach telefonu informacją, zawierającą nazwę kancelarii). O rzeczony faks prosiłem już wczoraj. Pani w biurze komornika obiecała, że wyśle go niezwłocznie (czyli wczoraj). Rano żadnego faksu w urzędzie nie było. Po moich dzisiejszych uprzejmych prośbach pracownica kancelarii podała mi łaskawie informację, że wyśle, być może dzisiaj. I na nic zdają się prośby, błagania. Ściana! Stoi obywatel przed ścianą i stara się do niej przemówić. Wszyscy wiemy, jaki mur jest rozmowny...
   W Wydziale Komuny - tam, gdzie zrobiono błąd i kazano mi naprawiać ich zaniedbanie - ściana! Kierownik nie zrobi nic, póki nie dostanie pisma. Pisma nie dostanie, bo przecież Jaśnie Wilemożny Pan Komornik najprawdopodobniej nie wysłał go wcale. Faksu nie dostanie, bo przecież Jaśnie Wielmożna Pani Z Biura Komornika jest tak zajęta jedzeniem eklerków i rozmową z koleżanką, że jakakolwiek inicjatywa z jej strony w grę nie wchodzi. Ona oczywiście obiecuje, że... Ale tych, którzy obiecują, znamy dobrze z telewizora. Oni od lat obieceują nam: pracę, zarobki, opiekę zdrowotną, drogi i milion innych rzeczy i jak się łatwo domyślić, nikt z nas - bidoków - też faksu ze spełnioną obietnicą jeszcze od nich nie otrzymał i nie otrzyma go nigdy.
   Dzwonię więc i proszę - wraz z każdym kolejnym telefonem i każdą kolejną minutą okupowania urzędu - rośnie irytacja po stronie "osób decyzyjnych". Czyli wychodzi na to, że jeśli będę moje starania kontynuował - zarówno urzędnik, jak i komornik, wypną się na mnie i nie załatwię NIC. Jeśli popuszczę - zarówno urzędznik, jak i komornik, będą mieli całą tę sprawę głęboko w d#pie i również nie załatwię NIC. Science fiction. Matrix.
   Co ma zrobić zatem szary, zwykły obywatel, który próbuje dochodzić swoich praw, w konfrontacji ze ścianą? Szary, zwykły obywatel, jeśli jego psychika nie jest ze stali (moja sprawa jest błaha, a stan psychiczny mam raczej w miarę stabilny, ale są wród nas tacy, którzy walczą o skomplikowane i ważne dla nich sprawy i niekoniecznie mają nerwy z tytanu) i coś w nim pęka, może niestety wziąć granat i tę ścianę wysadzić w powietrze...
   Dziękuję Pani od Hyundaia za cierpliwość. Ja to i tak załatwię. Strzelał do nikogo nie będę.
   I taka mała prośba, do urzędników, komorników i całego tego bałaganu - zróbcie coś raz sumiennie, bo ja jestem twardy, ale nigdy nie wiecie, czy Kowalski, którego właśnie spławiacie nie dowiedział się dzisiaj, że stracił pracę, że żona zdradza go z sąsiadem i jeszcze chce połowę majątku, nigdy nie wiecie, czy nie stał zbyt długo w korku... Tego nie wiecie, a może się zdarzyć, że wasza postawa przeważy szalę u słabego Kowalskiego... W mediach będzie znowu gośno, że X zaczął strzelać... I nikt nie zastanowi się nad tym, że w jego głowie była już tylko bezsilność...

niedziela, 14 października 2012

Kupujemy samochód. Poradnik część 1.

  

   Wiele osób prosiło mnie, bym opisał jak sprawdzić auto przed zakupem, na co patrzeć, jak podejść do kupna samochodu używanego. Oczywiście w moim bandyckim interesie jest, by nikt nie wiedział, na co zwracać uwagę, ale w wspaniałości swej postanowiłem w dniu dzisiejszym podzielić się z Wami tajemną wiedzą, która o jakieś 99 procent zmniejszy mi sprzedaż ( już i tak marną od kilku tygodni - zwalam to na kryzys). Dzisiaj część pierwsza  - właściwy wybór. Kupujemy więc auto...
   Najpierw szukamy odpowiedniego egzemplarza w serwisie ogłoszeniowym - wiadomo gdzie, w jednym miejscu znaleźć możemy najwięcej wspaniałych, bezwypadkowych, tanich ... marzeń.  Sortujemy więc ogłoszenia szukanego modelu, według klucza "cena - od najniższej" i zauważamy pierwszy na liscie, zaraz po zdekompletowanych i "angolach", który wydaje się być w miarę integralną całością. Nie musimy przejmować się innymi odcieniami elementów na zdjęciach - to zapewne kąt padania światła... Miasto, w którym znajduje się nasz egzemplarz jest, co prawda, oddalone o pięćset kilometrów, ale przecież cena dobra, to się kalkuluje. Pewnie sprzedający wystawił tanio, bo wiedział, że przez całą Polskę pojedziemy do niego. Dzwonimy. Najważniejszy zestaw pytań, jaki musimy sobie przygotować:
- Jaki jest przebieg tego autka (konieczne zdrobnienie)? (jakikolwiek, by nie był, jest zły - jeśli niski, to podejrzane, jeśli wysoki, a nie daj Boże z dwójką na początku - odpada, a jakby jeszcze trójka, lub czwórka - mamy do czynienia z belzebubem - nie rozmawiajmy, rozłączmy się! Musi być taki "po środku", czyli między sto dwadzieścia, a sto sześćdziesiąt tysięcy kilometrów, niezależnie, czy auto ma trzy lata, czy dwadzieścia trzy.)
- Czy jest pan pierwszym właścicielem od nowości? (uwielbiam to pytanie, szczególnie w sytuacji, kiedy dotyczy np. dziewiętnastoletniej Micry! W zależności od aktualnego stopnia frustracji odpowiadam często, że jak najbardziej! Micrę dostałem w prezencie na bierzmowanie, stała do "siedemnastki" i od kiedy tylko  mam prawo jazdy pomykam sobie nią tu i tam... Tak się przywiązałem do niej, że z "bulem sprzedajem")
- Czy autko (konieczne zdrobnienie) jest bezwypadkowe i ma oryginalny lakier? (To pytanie też lubię, oczywiście najbardziej w przypadku kilkunastoletnich samochodów. W sumie to każde auto ma oryginalny lakier... Orygianlny Sikkens, oryginalny DuPont... Nie słyszałem, żeby lakiery ktoś podrabiał. No chyba, że...  I sprawa kolejna - każde auto w Polsce jest bezwypadkowe - jedno bardziej bezwypadkowe, inne mniej. U nas chyba nie ma wypadków. W Rzeszy, Holandii i innych Francjach też... )
- Czy autko (konieczne zdrobnienie) było serwisowane do końca? ( I znowu posłużę się przykładem Micry z 1993 roku. Na takie pytanie, a dzwonił do mnie marzyciel, który je zadał, odpowiadam, że oczywiscie było, nawet ostatnio byłem w ASO i zapłaciłem za wymianę klocków i oleju siedmiokrotną wartość auta, ale czego się nie robi dla przyszłego klienta i wpisu w wyblakłej książce serwisowej. Czasem jeszcze lubię odpowiedzieć, że serwisowano auto do końca, czyli do momentu, kiedy wpadło pod TIRa, potem już nie było czasu, bo dwudziestu blacharzy głowiło się przez pieć lat, jak z tej poskręcanej sterty wyrzeźbić samochód taki, by marka i model zgadzały się ze stanem sprzed "gwałtownego wytracenia prędkości" )
- Czy autko (konieczne zdrobnienie) "wymaga wkładu finansowego"? (tu dopowiedź jest prosta - żadne autko nie wymaga od nikogo wkładu finansowego. I to powinniśmy usłyszeć. Nawet bankowozy tego nie żądają - jak chcemy możemy włożyć wkład. Choć z bankowozami jest troszkę inaczej - w tym przypadku jest taki Urząd, który niebawem zacznie wymagać, albo już zaczął, by ten wkład grzecznie w zębach przynieść i wpłacić do kasy. Nie śledzę newsów ostatnio, ale wiem, że jak Polak przechytrzy Tego Co Ma Tole, uda mu się to tylko na moment, ponieważ ów Posiadacz Toli sprytniejszy jest i przechytrzy dwa razy bardziej, i karę jeszcze doliczy, i odsetki jak w A. Gold, tyle, że do zapłacenia. By żyło się lepiej. Lepiej może się nie żyje, ale przynajmniej zabawniej jest - zawsze podziwiałem pomysłowość rodaków w bezczelnym omijaniu przepisów - zazwyczaj bzdurnych i kretyńskich. Swoją drogą - ciekawy jestem, czy w społeczeństwie krajów bardziej rozwiniętych też występuje taka niesamowita zdolność i inwencja? )
   Można zadać jeszcze moje ulubione pytanie - zadał mi je kiedyś przez telefon Don Kichot z La Manchy, lub jakiś inny Pankracy, który usilnie próbował zaprosić mnie na jakieś romantyczne wakacje (ja, on, morze, zachód słońca i stary gruchot, nie pamietam już nawet jaki)
- Czy wybrałby się pan tym autkiem (było zdrobnienie) do Hiszpanii? (Moja opowiedź była niezwykle treściwa - NIE! Ale my oczekujemy odpowiedzi twierdzącej - jeżeli sprzedający nie odważyłby się, oznacza to, że coś ukrywa, a auto możemy z listy skreślić, nawet jeśli dzwonimy o CC 700, którym nikt rozsądny nie zapuszcza się dalej, niż do składu budowlanego po piankę montażową, lub do sklepu "żelaznego", po kolejnego blachowkręta, do zaślepienia kolejnego podciśnienia w aisanie. Reasumując - sprzedający ma obowiązek pojechać do Hiszpanii. Nie chce? Nie kupuj.)
I jeszcze kilka pytań z zestawu:
- Czy auto ma ryski i "wgniotki"? (osobiście nie znalazłem tego słowa w żadnym słowniku, ale może źle szukałem. W każdym razie tak trzeba zapytać, a gdyby sprzedający, brzydzący się używania dziwnych, nienaturalnie brzmiących słów użył zamiast "wgniotki" wyrazu "wgniecenie" możemy rozmowę z nim kończyć - auto uszkodzone i to pewnie mocno) Oczywiście nie powinniśmy się też interesować egzemplarzami, które posiadają "wgniotki" w postaci "wgniotek", a nie wgnieceń. My szukamy w końcu porządnego wozu, takiego ... fajnego. Ryski i "wgniotki" świadczą o używaniu i "niedbaniu". Auto, które je posiada na pewno jest brzydkie, w środku śmierdzi kurzą kupą i jest zepsute, a nawet jeśli nie jest zepsute, to niebawem się zepsuje. Najlepsze są starsze auta z idealnym, jak nowym lakierem - one nie miały wypadku i są, jakby to ująć najtrafniej - fajne.
- Czy pan jest handlarzem? (To pytanie brzmi mniej więcej tak, jak - czy pan morduje małe świnki morskie? Jesli głos w słuchawce potwierdzi, że jest handlarzem, miedzy wierszami potwierdza też, że morduje nie tylko świnki, ale również rozjeżdża żaby, sprzedaje narkotyki, należy do loży masońskiej i najprawdopodobniej nie dba o higienę osobistą. Wystrzegajmy się! A fe!)

   Po zadaniu tych kilku pytań, powinniśmy już wiedzieć, czy wypatrzony pojazd jest tym, który jest nam przeznaczony, czy też czynność musimy powtórzyć. Jeszcze jedna mała wskazówka - niech przy wyborze jednym z najważniejszych kryteriów będzie wyposażenie - wystrzegajmy się aut z polskiego salonu - one są "gołe". Nawet jeśli sprzedaje je pierwszy i jedyny właściciel, który wczoraj zrobił w ASO przegląd z wymianą wszystkiego, nie istotne! Ma być "wypas" (znowu moje ulubione słowo). Jak można za krajowego "basica" chcieć więcej niż za sprowadzonego z zagranicy "fulla", "w skórze" (zawsze się zastanawiam - czy to o pokrowiec chodzi?), "w klimie", "w prądzie"... Jak takiego "wypasa" zobaczy Marian spod dziewiątki, to ma po spaniu, a jak pokażemy mu "krajówkę", to tylko stwierdzi, że jego zięć, to dał mniej, a DVD w zagłówkach ma nawet (o tym, że po deszczu, fura zięcia zamienia się w akwarium, a na DVD można zobaczyć jedynie relację na żywo z burzy z piorunami, Marian nie wspomni, bo pewnie i zięć się nie przynał).

   Części pierwszej koniec i bomba, kto wziął serio, ten trąba.

wtorek, 9 października 2012

Usprawiedliwienie i historia W124 - epilog w kilku słowach.


Drodzy Czytelnicy!
W zwiąku z pewnymi ważnymi zmianami, które zaistniały kilka dni temu, ku mojej wielkiej radości, chciałem przeprosić Was za:
- spowolnienie w mojej "grafomańskiej twórczości"
- brak reakcji na maile
- braki w odpowiedziach na komentarze
- ceny ON i Pb
- gnijące Escorty i pękające głowice w BKD (jedni biorą "w trasę" kotlety w sreberku, a inni 3 litry G12+)


 
   Jest już Ktoś, komu będę wpajał od najmłodzych lat miłość do starych gratów. Wzbudzę w niej niechęć do błyszczących "Apiątek" i "Iksszóstek", bo jak pewnie zauważyliscie - nigdy w tym, co piszę, nie podniecam się najnowszymi, drogimi i "wypasionymi" ( o jak ja k**wa uwielbiam to słowo! Jeszcze go nigdy nie wypowiedziałem na głos) wynalazkami. Może wydać się to dziwne, ale dla mnie era prawdziwej motoryzacji zakończyła się w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, wraz z zaprzestaniem produkcji takich samochodów jak W124, Porsche 911 993. Wszystko nowe jest plastikowe, takie "ajfonowe", jednorazowe, takie chińskie... Nie lubię.
   Chciałem też nadmienić, że w dalszym ciągu zajmuję się tym, czym zajmowałem, czyli - piankowaniem dziur w progach, spawaniem ćwiartek i połówek, cofaniem liczników i wszelkiego rodzaju innymi czynnościami, mającymi na celu wykorzystanie niewiedzy i oszukanie kupującego ;-)
W dalszym ciągu, lecz w chwili obecnej w mniejszym wymiarze czasowym. Myślę, że w ciągu najbliższych kilku dni uda mi się nadgonić zaległości we wszystkich czynnościach "służbowych".   

   Tak a'propos - mam ładną A6 z przebiegiem 350 tys. km. Jest chętny? Nie... To sobie nią chwilę pojeżdżę, aż się znajdzie ;-) Przejrzałem właśnie ogłoszenia - na 2127 sztuk, jest aż 12 (słownie: dwanaście!) z przebiegiem 350+ i nie ma żadnego ze stanem licznika powyżej 400 tys. km. Standardowy przebieg, to 190 - 230 tysięcy! W jakim ja k#rwa świecie żyję? Mam znajomego, który zrobił już takim autem ponad 600 tysiecy i nie ma zamiaru sprzedawać... Ciekawe ile kilometrów zdążę ja "nabić" zanim się C5 sprzeda? W A4 udało mi się zrobić prawie dwadzieścia tysięcy, do momentu, aż znalazł się ktoś, kto nie dostał zawału na widok cyferek na liczniku. I jeździ, i mam z nim kontakt, i jest nawet (o zgrozo) zadowolony! I nie rozsypała mu się "Aczwórka" jeszcze. Niespotykane...


P.S.
   Historia W124 od kilku dni toczy się dalej... Mercedesa kupił pewien starszy pan, który wcześniej obejrzał kilka "kolekcjonerskich igieł" na podobnym pułapie cenowym i już się prawie załamał. Chyba mu się mój "skansen" spodobał. Zdawał sobie sprawę, że nie przyjechał po nowego. Zapytał tylko, czy dojedzie nim do domu (około 150 kilometrów). Biorąc pod uwagę, że ja zdążyłem nim przejechać w tydzień mniej więcej pięćset-sześćset  kilometrów, a w dzień sprzedaży jeszcze się "trasa" zdarzyła, stwierdziłem, że raczej mu się uda. Ja awarii nie miałem żadnej... A tak szczerze mówiąc, mam wrażenie, że podróż do Porugalii tym samochodem, dawałaby większe szanse na bezawaryjny przejazd, niż niejednym 2.0 TDI.  Ech... zawsze jest tak, że jak mam coś, czym chciałbym sobie dłużej pojeździć, to znika w ciągu kilku dni. Starszy pan dojechał szczęśliwie i mam nadzieje, że jest zadowolony z zakupu. Mi łza się w oku zakręciła, kiedy znikał za zakrętem. Polubiłem ...



piątek, 5 października 2012

Tanio, taniej, okazja!

   Tak oto Mercedes wylądował w ogłoszeniu, na najpopularniejszym portalu, którego nazwę większość ludzi odczytuje "imtaniejtymwiększaokazja.peel" . W momencie wystawiania, był to najtańszy na Śląsku i w Małopolsce jeżdżący egzemplarz, z roczników 1992-1995. Sprawdzałem sedany, diesle i  benzynę z LPG. Pewnie nie każdy wie, ale najtańszy, w naszych dziwnych realiach musi oznaczać - nie różniący się od najdroższych. 
   Od lat reklamy w telewizji skutecznie wmawiają nam, że kiełbasa za 8,99 zł/kilogram, dostępna w jakimś hipermolochu, to produkt spożywczy, na dodatek najwyższej jakości. Mało kto zagłębia się w lekturę składu materiałów użytych do produkcji, więc nie każdy wie, że pierwszym składnikiem, wyszczególnionym w tablicy Mendelejewa na opakowaniu takiej wędliny, często jest woda, następnie zmielone mięso, kości i niedopałki papierosów masarza z nocnej zmiany. Potem mamy mąkę ziemniczaną lub inną skrobię i cały wykaz "E", który zbiera to wszystko "do kupy" i nadaje smaku. Powstaje pytanie: czy Mercedes za 8,99 zł, będzie taki sam, jak ten za 25,99 PLN? Każdy myślący odpowie sobie w ciągu sekundy, ale niestety, wydaje mi się, że myślenie to zdolność, którą posiedli nieliczni. Jeszcze nie miałem telefonu od kogokolwiek, kto zdawałby sobie z tego sprawę. Wszyscy myślą, że jestem Świętym Mikołajem i chcę zrobić komuś prezent, że sprzedaję egzemplarz kolekcjonerski, wyciągnięty ze stodoły, gdzie stał pod sianem przez kilkanaście lat, a ja, niespełna rozumu, nie wiem, co mam. Byli nawet tacy, którzy upierali się, że będą za piętnaście minut, bo oni muszą być pierwsi! Niestety - po usłyszeniu, że nie wszystkie elementy mają fabryczny lakier, że obrotomierz i licznik nie działają, że szyberdach ma uszkodzoną prowadnicę, ich zapał gasł. Ogłoszenie jest krótkie, ale nie ma w nim słowa o żadnej "okazji", "jedynym takim" i tym podobnych bredni. Oto treść. Interpretacja dowolna.

***


   Mam do sprzedania legendarnego, niezniszczalnego Mercedesa E200 D z 1993 roku. Silnik pracuje dobrze - jeszcze wiele kilometrów przed nim! Skrzynia biegów manualna, 5 biegów - bez uwag krytycznych. Z zawieszenia nie dochodzą żadne niepokojące odgłosy. Auto jeździ, hamuje, skręca - czyli ma wszystkie cechy, których oczekujemy od takiego pojazdu, za taką kwotę.
   W wyposażeniu dodatkowym (rzadkość w Mercedesie W124, a nieosiągalne w W210) - brak zgnilizny, dziur i nawet rdzy! Oczywiście jakieś małe ogniska korozji dojrzy uważny obserwator, ale nie czarujmy się - w tym aucie nie jest źle, a jeśli ktoś szuka egzemplarza w stanie fabrycznym - proszę ustawić sobie sortowanie ogłoszeń po cenie "od najwyższej" i dzwonić pod pierwsze wyświetlone pozycje.
   Samochód jest naprawdę OK. Trzeba włożyć troszkę serca, by jego stan był na nowo bardzo dobry, ale nie wymaga on wielkich inwestycji - lakier jest w miarę ładny, wnętrze jest niemal jak nowe (fotele nieprzetarte, bez plam i dziur, deka rozdzielcza, okleiny w jednym kawałku, bez dziur po uchwytach, CB radiach itp.). Klika drobiazgów wymaga naprawy.


Jeśli szukaksz niezawodnego, taniego w użytkowaniu i całkiem jeszcze ładnego auta - zapraszam!

Jeśli Twoim pierwszym pytaniem ma być "jaki przebieg?" - nie dzwoń! Nie lubię głupiej gadki. To jest 19-letni W124 200D. Wystarczy.
Jeśli dzwonisz z telefonu zastrzeżonego - oszczędź sobie, bo nie odbiorę (skąd mam wiedzieć, czy to mafia nie chce podstępnie przejąć mojego "Merola")
Jeśli chcesz dzwonić po 20:00 - oszczędź sobie - nie odbieram po tej godzinie.
Nie odpisuję też na smsy !

Jeżeli powyższy "regulamin" Cię obraził - przykro mi, ale to znaczy, że właśnie Ciebie chciałem nim wyeliminować z dzwoniących.

Pozdrawiam i zapraszam wszystkich z poczuciem humoru!

Wszystkich pozostałych informacji udzielam telefonicznie.


***
   Tak właśnie po raz kolejny mogę się przekonać, że czytanie ze zrozumieniem, to trudna sztuka. Dzwonią do mnie ludzie, którzy zobaczywszy zdjęcia, zakończyli na nich zapoznawanie się z, jakże skomplikowaną, treścią.  Panu, który przez telefon dziękował mi za skuteczne "obrzydzenie mu" mojej "gwiazdy", wróżę jeszcze wiele tysięcy kilometrów przejechanych w poszukiwaniu "okazji bez rysek". Już trochę pojeździł, bo jak z żalem stwierdził - "nie każdy w rozmowie telefonicznej naświetla faktyczny stan sprzedawanego "cudeńka", a żona jest wymagająca i byle czego nie chce".
   Od innego dzwoniącego dowiedziałem się np. że w moim W124 jest klima. Jak dotąd ja jej nie zauważyłem, ale poszukam... Jeden z dzwoniących, po zapytaniu o przebieg, dowiedział się, że wynosi on - między dwa, a trzy miliony kilometrów, więc wymianę informacji zakończył w ekspresowym tempie, stwierdzeniem w stylu, że "miliony to na koncie, a nie na liczniku". Ja bym jakąś stówkę wziął z tego konta i zainwestował w kurs czytania ze zrozumieniem.
   I tak jest wesoło z tą sprzedażą. Mam nowe hobby - otrzeźwianie napalonych dzwoniących. Póki co, nie zależy mi zbyt mocno, by Mercedes szybko znalazł nabywcę, ponieważ go polubiłem. Nawet bardzo. Jeżdżę sobie nim wszędzie "w wielkim stylu". W nocy pseudoekolodzy przykuwają się łańcuchami do rury wydechowej,  rano, kiedy odpalam maszynę - trzaskają wokół zamykane okna. Dzieje się!
   Jedno jest niezmienne - za każdym razem, kiedy wsiadam do środka i ruszam, mam uśmiech na twarzy - od ucha, do ucha. Bo to przecież ostatni prawdziwy Mercedes...







wtorek, 2 października 2012

Historia Mercedesa z palca wyssana



  
   Pewnego pięknego poranka w maju 1993 roku bramę fabryki w Stuttgarcie opuścił Mercedes W124 E200D w kolorze Antracit Gray.  Za kilka dni powędrował on do salonu przy Steinbachjugendstrasse 2 w Hamburgu. Tam, po jakimś czasie, nabył go Alfred von Bombke - lekarz, który pracował w szpitalu odległym o dwieście kilometrów od swojego domu. Potrzebował on w miarę niedrogiego i oszczędnego samochodu, którym codziennie pokona dystans do pracy i z pracy. Klimatyzacji nie chciał - miał na nią uczulenie. Jak łatwo policzyć von Bombke swoją "gwiazdą" przebył do 1998 roku pół miliona kilometrów, a że silnik wybrał niezniszczalny, to jedynym jego kosztem w tym okresie było paliwo i materiały eksploatacyjne. O, przepraszam - w 1996 roku wymieniono podporę wału za 320 marek niemieckich.  Z Mercedesa był bardzo zadowolony, ale kiedy w pracy awansował na dyrektora, postanowił zmienić go na nowszy model - W210. Prawdopodobnie jego zadowolenie z marki dosyć szybko zgasło, ale tu nie chodzi o Alfreda, a o jego samochód, więc doktora zostawiam już w spokoju (podobno 4500 marek wydał w serwisie chwilę po wygaśnięciu gwarancji "okulara").
   Naszego E200D sprzedano panu Eduardowi Klimaanlage - porządnemu niemieckiemu sprzedawcy samochodów używanych. Na jego placu Mercedes stał może tydzień, po czym został zauważony przez śniadego obywatela Niemiec, niejakiego Kemara Dőnera. Dokładnie takiego czegoś szukał - duży, wygodny i niezniszczalny Mercedes, który nawet po zalaniu baku przepalonym olejem po frytkach z jego Atatűrk Bistro, pojedzie i nie odmówi posłuszeństwa.
   Pan Dőner odliczył więc gotówkę i odjechał do domu nowym nabytkiem. Na przebieg nawet nie popatrzył. Nie było dla niego różnicy, czy pięćset, czy piećdziesiąt tysięcy kilometrów. Wiedział, że w rodzinne, dalekie strony limuzyna i tak dojedzie. W pierwszą podróż do Ankary wybrał się z całą gromadką już po tygodniu od zakupu. Trzy tysiące kilometrów w jedną stronę pokonali bez problemu, no, jedyną przygodą był przetarty lewy bok (autobus pod Istanbułem wyprzedzał ich "na czwartego" i troszkę brakło miejsca). Z tymi uszkodzeniami poradził sobie bratanek właściciela, z zawodu murarz, ale na blacharce też się znający. Z lewej Mercedes stracił trochę linię, ale dokładne oko Dőnera zdawało się tego nie zauważać.
   Takich wycieczek w rodzinne strony W124 zaliczał około dziesięciu rocznie, co w połączeniu z dojazdami do pracy i na zakupy dawało piękny wynik "na zegarze". Po jedenastu latach od momentu wyprodukawania licznik Mercedesa wyzerował się. Te ostatnie sześć lat użytkowania wiązało się już z poniesieniem kosztów. Zawieszenie nie wytrzymywało bułgarskich, rumuńskich i tureckich dziur, więc kilkakrotnie zostało wymienione, nagar po oleju ze smażenia, osadzony na wtryskach, wymusił ich regenerację. Parę innych drobnych usterek skłoniłoTurka do sprzedaży "gwiazdy". Oddał ją oczywiście do zaprzyjaźnionego komisu "Tarkan Autohaus". Tam właściciel "salonu" zmuszony był niestety do korekty przebiegu - do przodu. Żaden Polak, ani Ukrainiec nie uwierzy przecież, że piętnaście tysięcy kilometrów, które aktualnie widniało na liczniku, ma jakiś związek z prawdą, a gdyby ktoś zorientował się, że to jest stan już po milionie  - szanse na sprzedaż (nawet na wschód) byłyby prawie zerowe. Tak więc nasz E200D, za pomocą śrubokręta, zdążył w ciągu godziny przejechać dodatkowe dwieście siedemdziesiąt tysięcy kilometrów.
   Okazyjna cena i wielki napis "Unfallfrei", w ciągu minuty od wystawienia do sprzedaży, przyciągnęły uwagę "polującego" na coś tego typu Heńka Importera  - potomka słynnego rodu Importerów z Wielkopolski. On właśnie szukał czegoś takiego "pod klienta". Znalazł! Zapakował na lawetę, zapłacił i ruszył w drogę. W Zgorzelcu skalibrował tylko licznik, tak, by spełniał on Polską Normę PN/160000.
   Wspomniany wcześniej klient to Kazimierz Złotówa - taryfiarz z dziada pradziada, aczkolwiek doświadczenie "za kółkiem" zdobywał do chwili przejścia na emeryturę, w mundurze, prowadząc milicyjną Nysę 521. Kiedy zobaczył, co przyjechało do niego z Rzeszy, nie zastanawiał się ani minuty. Takie auto, z takim przebiegiem zapowiadało falę samobójstw na postoju. Ładne, niezniszczone fotele postanowił zachować dla przyszłego właściciela i zarzucił na nie, towarzyszące mu od Wołgi, przez Poloneza, aż do teraz pokrowce z baraniego futra. Miękka wełna sprawiała, że Kazimierz czuł się w swoim "zakładzie pracy" jak w domu, a że dzieci już dorosłe i trzeba było pomóc im finansowo przy budowie, Kazek spędzał w "taryfie" więcej czasu niż z rodziną. W efekcie tego po ośmiu latach na zegarze w Mercedesie pojawiło się siedemset tysięcy kilometrów "z haczykiem". Czas na zmianę nadszedł. Zmiana pojazdu poprzedzona była oczywiście wizytą u Tadka Imadlarza, kolegi, który potrafił zrobić wszystko - od  skonstruowania traktorka do koszenia trawy, po używanie tegoż włącznie (tylko on potrafił tak nim kosić, by trawnik był przycięty, a nie zaorany pod zasiew nowej trawy). Tadek wcisnął swój magiczny śrubokręt marki DeLoren w licznik i kiedy udało mu się już cofnąć w czasie o cztery lata, coś tam chrupnęło, wysypały się plastiki i Mercedes został zawieszony w czasoprzestrzeni z przebiegiem czterysta trzynaście tysięcy. Czas dla niego zatrzymał się w tym momencie - i ani drgnął! Nie drgnął też już nigdy więcej obrotomierz i prędkościomierz.
   Biedny W124 przeszedł następnie przez kolejne ręce - Tomka Co Mama Po Nim Krzyczała. Kupił sobie chłopina od Złotówy auto i chciał go odrestaurować, ale mama nie była zachwycona zakupem i wymusiła na Tomku pozbycie się "gwiazdy". Po trzech tygodniach nalegania udało się jej osiągnąć cel. Mercedes trafił w moje ręce. I tu historia się urywa...
   Ta długawa opowiastka mogła się wydarzyć w rzeczywistości. Jest nawet dość duże prawdopodobieństwo, że pod zmienionymi imionami i w innych położeniach geograficznych miała miejsce. Taką lub podobną historię ma znaczna część naszych "igiełek" przemierzających polskie drogi na wstecznym. Jednak najzabawniejsze jest to, że Jedynie Słuszna Historia samochodu sprowadzonego do Polski, historia także spełniająca Polską Normę jest krótka i treściwa. Polacy nie wierzą w jakieś miliony kilometrów, w jakichś Turków, co to najpierw na nas najeżdżali, a teraz nam auta chcą sprzedawać. Historia dziewiętnastoletniego Mercedesa W124 E200D, według PN/1989-2012, zamyka się w kilku zdaniach: w Niemczech jeden właściciel - lekarz, w Polsce jeden właściciel - starszy pan, emeryt, który jeździł tylko na działkę. Oryginalny przebieg - dwieście dwadzieścia pięć tysięcy kilometrów! Mega okazja!
   I tego się trzymajmy!

piątek, 28 września 2012

Depresja Hyundaia w Republice Kongo


   I znowu przejścia, jak w dobrej kompilacji "Pana Samochodzika" i, co najmniej "Klanu"! Tym razem głównym bohaterem dzisiejszego dramatu będzie ten oto, niepozorny, zielony Hyundai.  To auto już wiele złego w życiu uczyniło. Pierwszą winą "koreańczyka" był jego wielki, nieakceptowalny przebieg. Oryginalne dwieście tysięcy kilometrów, było powodem:

- około stu gwałtownych odłożeń słuchawki przez "Poszukiwaczy Przebiegu" - czyli idiotów, którzy wymagali, by sprzedawany za trzy tysiące pięćset zlotych samochód z 2000 roku miał sto dwadzieścia tysięcy kilometrów na liczniku. W ostatniej fazie wściekłości, na pytanie o przebieg, odpowiadałem już: "do negocjacji".
- zmarnowania mojego czasu dla kilku kolejnych idiotów, którzy o przebieg nie pytali i przyszli oglądać samochód za trzy tysiące pięćset zlotych (jeden z najtańszych w ogłoszeniach, a zapewniam, że w świetnym stanie), by po odczytaniu wskazań licznika (auto nie miało prawie żadnych śladów intensywnego użytkowania - środek był ładny - takie modelowe polskie sto dwadzieścia tysięcy) stwierdzali swoim głupim głosem, że "nie tego się spodziewali". Ciekawi mnie tylko, czego się spodziewali, bo jak dla mnie, ten samochód był akurat okazją - okazją do kupienia o kilka tysięcy złotych taniej auta, które ma prawdziwy przebieg, książkę serwisową (polską, nie chińską), na całym nadwoziu, poza jednymi drzwiami, fabryczny lakier i byłaby to dla mnie okazja do kupienia pojemnego auta, ze wspomaganiem kierownicy, w cenie starszego Seicento, auta którego jedynym mankamentem była korozja krawędzi tylnych błotników ("te typy tak mają").  Ale widocznie tylko dla mnie sprawa tak wyglądała.
   Zielony, smutny Accent służył mi zatem jako barykada przed niepotrafiącymi myśleć przy parkowaniu sąsiadami (zaparkowałem tak, by nikt nie zatarasował drogi wjazdowej do garażu), posłużył mi jako "wykańczacz psychiczny" psychicznego sąsiada (być może jest jeszcze jakiś jeden "Pogromca Handlarzy" w okolicy, bo na zebraniu wspólnoty mieszkaniowej, pewna pani podniosła głos w sprawie...  Niebawem zmienią mi pewnie zamek do klatki schodowej i po rynnie każą na czwarte piętro włazić - kocham rodaków! Spotkajmy sie przy następnej tragedii narodowej i ściskajmy się we łzach na ulicach, kochajmy się miłoscią najobłudniejszą z obłudnych! ), po tym długim wtrąceniu powtórzę - psychicznego sąsiada, który najpierw musiał stracić kilka minut z abonamentu, by się dowiedzieć, że Straż Miejska nie może odholować niczego na tym osiedlu, następnie musiał zużyć kilka kolejnych bezcennych minut, żeby poprzez interwencję u zarządcy udowodnić sobie i światu, że może mnie, co najwyżej pocałować w d#pę ( i to jak pozwolę, czyli nawet tego nie może).
   Smutny Hyundai podpadł też podstępnej kunie. Otóż to "przemiłe" zwierzę zamieszkało pod maską, a na kielichu urządziło sobie stół. Pewnego dnia wredny, nieogolony handlarzyna, ubrany w kreszowy dres i niebieskie kuboty wlazł do domu kuny i przemieścił go w inne miejsce. Mściwe zwierzątko, że łeb ma mały, nie domyśliło się, że chałupa sama nie pojechała, tylko ktoś ją wprawił w ruch, więc odgryzło się (dosłownie) na biednym Accencie. I tym sposobem (może łeb ma mały, ale myśli sprytnie bestia), przestał istnieć gumowy wąż od chłodnicy. A wiadomo - bez węża mieszkanie nigdzie nie pojedzie, to i nie pojechało. Wrastało w ziemię (wąż już był kupiony, ale ja się potworowi nie dałem i nie montowałem go jeszcze (węża oczywiście, nie potwora), tylko schowałem go do bagażnika), aż do tego pamiętnego dnia, kiedy to zjawili się po auto NORMALNI LUDZIE. Stwierdzili oni, że "nie tego się spodziewali", bo oczekiwali ruiny za te pieniądze, a tu wyszło, że kupują całkiem ładne auto. Taka niespodzianka... Nie mieli pojęcia jak niespodzianka ich dopiero spotka...
Kupili i zadowoleni odjechali. Nie było telefonu przez kilka godzin, więc uznałem, że albo Accent zepsuł się w leśnej głuszy, gdzie nie ma zasięgu, albo po prostu bez problemu dojechali do domu i wszystko jest jak należy. Wszystko było jak należy. Do czasu...    

Za dwa dni nowi, jeszcze szczęśliwi nabywcy udali się do wydziału komunikacji celem zarejestrowania samochodu. Pani w okienku nie wylała na nich kubła zimnej wody - ona trysnęła w nich hydrantem! Usłyszeli od niej, że auto jest zajęte w rejestrze przez komornika! Oczywiście mogą je zarejestrować, ale po podpisaniu papierka, że wraz z samochodem przejmują dług, ciążący na poprzednim właścicielu.                      I wtedy zadzwonili do mnie...
Nie powiem - przestraszyłem się. Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to że przecież ta miła pani, która sprzedawała nam auto na pewno nie zrobiła nas z premedytacją w balona! Nawet "na odchodnym" mówiła, żeby do niej zadzwonić jak już sprzedamy Hyundaia! Chwyciłem więc za telefon i dzwonię do niej. Po naciśnięciu zielonej słuchawki poczułem się, jakby ktoś wbijał mi nóż między żebra, obracał go i powtarzał: "nie ma takiego numeru , nie ma takiego numeru..." A jednak.. Karta z Tak Taka już dawn w koszu pewnie... A taka miła się wydawała (pani, nie karta)...
   Po południu wybrałem się więc z kolegą na wycieczkę do małej miejscowości, w której mieszkała była właścicielka naszego zielonego problemu. Wjechaliśmy do niej do ogrodu (małe miasteczko, obok jej domu, w swoich ogrodach kręcą się sąsiedzi). Pani wyjrzała przez okno, by sprawdzić kto to wjeżdża. Kolega zareagował po mistrzowsku. Wyszedł z auta i donośnym głosem przywitał się:
- Dzień dobry, pamięta nas pani? Chciała pani, żebyśmy dali znać jak się Accent sprzeda. No właśnie się sprzedał, po trzech miesiącach, ale tam problem jest! Komornik na aucie siadł! Zablokowany samochód przez komornika i nie da się zarejestrować!
Kobieta zbladła, rozejrzała się dookoła, sprawdziła ilu sąsiadów mogło usłyszeć i szepnęła, żebyśmy weszli do domu i nie gadali na zewnątrz.
   Okazało się, że miała ona problemy ze spłatą jakichś długów, ale zarzekała się, że wynikły one już po sprzedaży samochodu. Zobowiązała się do stawienia się na następny dzień w wydziale komunikacji i wyjaśnienia sprawy. Oczywiście rano zjawiła się w umówionym miejscu i udaliśmy się do pani naczelnik. Co wyszło? Znowu mogłem sobie uświadomić, że żyję w Republice Kongo, gdzie coś takiego jak przepisy prawa służą jedynie ściganiu ludzi, a nie ułatwieniu im życia. Otóż my samochód kupiliśmy w dniu 18. czerwca, sprzedająca zgłosiła to w urzędzie w dniu 17. lipca natomiast miesiąc po tym, 18. sierpnia do urzędu dotarło pismo od komornika, o nakazie wpisu ruchomości do rejestru i zablokowania jej. Jak wyglądałoby to w kraju, gdzie urzędnik wie co ma robić, zna przepisy i się mu chce ruszyć d#pę do roboty? Wyglądałoby to tak - wydział komunikacji napisałby, mniej więcej tak brzmiące pismo do zajmującego :
" Przykro nam, aleś się Pan spóźnił, Panie Komornik i teraz możesz Pan już pocałować panią X, zwaną dalej Dłużnikiem, w cztery litery, bo zdążyła dwa miesiące temu auto opchnąć handlarzom i majątku ruchomego u niej nie uświadczysz. Było się pospieszyć. Z poważaniem..."
Ale w Rzeczpospolitej Kongo sprawa wygląda prosto (przecież walczymy z biurokracją! Papierkom i pieczątkom mówimy stanowczo - NIE!), wygląda banalnie prosto - pani wchodzi w odpowiedzni rejestr, wciska "enter" i sprawa załatwiona - ruchomość się zajęła (tyle, że już innemu właścicielowi).
   Znowu podziwiam spokój ludzi, którzy kupili ode mnie nieszczęsne auto. Sprawa będzie oczywiście załatwiona pomyslnie, ale z racji paranoicznych przepisów, ustawowych terminów i tym podobnych pierdół, będzie to trwało około dwóch tygodni.
   Co najciekawsze - w wydziale komunikacji pani naczelnik zaczęła stwarzać jakieś schizofreniczne problemy, a po naszym stwierdzeniu, że sprawa nadaje się do TVN, krzyknęła, żebyśmy sobie wezwali TVN jak chcemy. To niesamowite, jaki tupet ma urzędnik, który nie dopilnował swoich obowiązków! To nie do wiary, że przez niedbalstwo i lenistwo jakiegoś ..........(tu dowolny zestaw wulgarnych określeń), my musimy tracić czas, pieniądze i nerwy, a nasz klient, który nas nie zna i nie wie, czy nam można ufać, nie śpi w nocy. Gdzie tu jakaś sprawiedliwość?
   Tylko biedny Accent może niebawem nie wytrzymać presji i coś sobie zrobić.. Samobójstwa u nas ostatnio w modzie. Tyle problemów stworzył... A taką miał uśmiechniętą mordkę jak odjeżdzał spod garażu... Widać było, że w końcu poczuł się potrzebny... Ja już  zacząłem się obawiać, żeby na koniec jeszcze jakiegoś numeru nie wywinął ...

środa, 26 września 2012

Sprzedaję bo...


 
 
 



   Każdy z Was szukając samochodu musiał wiele razy wysłuchiwać mniej lub bardziej bzdurnych powodów, dla których ktoś decyduje się wystawić auto do sprzedania. Te historyjki są przeróżne. Zazwyczaj zanim ktoś zacznie mówić, wiem już co usłyszę. Wiadomo, że część z tych powodów jest jak najbardziej prawdziwa, ale jeśli wszystkie powtarzają się do bólu, to nie pozostaje mi nic innego, jak włożyć je do "jednego wora" i wyśmiać.
   Więc uwaga, uwaga! Pierwszy i orygianalny, niepowtarzalny powód sprzedaży używanego samochodu to ... dodam tylko, że na sto rozmów, w dziewięćdziesięciu pieciu z nich pada to stwierdzenie... (dodam też, że na pewno nikt się go nie spodziewa i będzie to niesamowitym zaskoczeniem ... ten pierwszy powód sprawia, że emerytury będziemy dostawać pośmiertnie, że szkoły podstawowe, gimnazja i średnie są już zamykane, a niebawem do bram wszelkich prywatnych "harvardów" i "sorbon" zapukają kordony komorników po krzesełka, ławki, rzutniki...). Ten powód, to oczywiście ... wyjazd za granicę.
   Obecnie na Allegro jest wystawionych około 280 tys. samochodów osobowych. Gdyby przyjąć, że tylko połowa ze sprzedających "jedzie za granicę do pracy", a auto sprzedaje się średnio przez miesiąc, dałoby nam to imponującą liczbę uciekających z naszego, jakby nie było, "Mlekiem Prawdziwym" i miodem sztucznym płynącego kraju. A jeszcze są tacy, co jadą, a auta nie mają, więc nie mieszczą sie w moich "otomotowo-allegrowych" statystykach. Za kilka lat liczba ludności w kraju spadnie do takiego poziomu, że spokojnie pomieścimy się wszyscy w jednym województwie. No i zdechnie Obowiązkowa Piramida Finansowa, czyli ZUS (choć to już chyba nie istnieje, tylko uparcie wpłaty przyjmuje).
   Kiedyś kupowałem Vectrę od gościa, który "na następny dzień wyjeżdżał do Niemiec za pracą". W trakcie moich oględzin podszedł do nas sąsiad przyszłego emigranta i pyta go, coż tak szybko auto przedaje. Na co ten, zakłopotany, jakże się męcząc, mrugając niepostrzeżenie do sąsiada, odpowiada, że oczywiście - jedzie za granicę.
- A.. do Anglii?
Pyta tamten nieśmiało.
- Nie, do Niemiec!
- A co z robotą? Zwalniasz się?
Sprzedający burknął zagotowany i bezradny, bo sąsiad bystrością nie błysnął i nie dojrzał tajemnych znaków:
- Na kontrakt przecież jadę! Z roboty mnie wysyłają!
I macha łapą, myśląc, że niezauważony, by tamten spadał.
   Tak to większość ze sprzedających auta wyjeżdża "na roboty" do Niemiec, Anglii, Holandii... Chyba nie ma kraju, o którym bym już nie słyszał. I każdy oczywiście z bólem sprzedaje swój "idealny" samochód. I gdyby nie ten wyjazd, to nigdy by się nie zdecydował ... A im większa zakamuflowana kupa złomu, tym większa ściema.
  Powód sprzedaży numer dwa należy do tych bardziej pomysłowych. Tutaj już mamy fabułę i grubszą intrygę. Jak nic, zaczynam czuć się, jakbym brał udział conajmniej w  "S jak sprzedaż". Królem i mistrzem intrygi jest tu dla mnie gość, który chciał mi "pocisnąć" Mazdę 121. Koleś użył sformułowania " to jest taki mały, miejski zapie#dalacz", tylko nie wiem, czy mówił o Mazdzie, czy o sobie (w sumie do koszykarza trochę mu brakowało). Otóż Mazdę kupił żonie, ale ona zdradziła go i (tu cytat) "puściła się" z jego najlepszym kolegą, więc on się rozwodzi, a jej auto zabrał i je sprzedaje, bo mu się źle kojarzy...
   Przyjechał do nas z jakąś dziewczyną, do której w sposób tak naturalny, że prawie mnie przekonał, zwracał się per "siostra", czasem tylko mrugając okiem, żeby "siostra" pamiętała, że teraz jest "siostrą". Cały ten kamuflaż, być może miał na celu odwrócenie uwagi od tego, że "niby-właściciel" nie miał żadnych dokumentów od samochodu. Uparcie twierdził, że przecież nie trzeba dowodu rejestracyjnego, bo na planecie Melmac, by zarajestrować Mazdę 121 wystarczy pokazać w urzędzie kartę Vitay i umowę kupna sprzedaży Mazdy ... 323, którą to umową wymachiwał mi przed oczami. No cóż... prawie mnie przekonał. Przyznajcie sami - brzmiało to wiarygodnie.
   Tak więc kolejnym powodem, choć rzadszym niż wyjazd, jest rozwód, zdrada, nienawiść. Jose Fernandez w spazmach, ze łzami w oczach pozbywa się wszystkiego, co kojarzy mu się z Conchitą "Już Nie Fernandez".
  Jednym z moich ulubionych przypadków jest ten, w którym nasz zwykły Kowalski (wróćmy już z Rio de Janeiro) musi sprzedać auto, bo mu się powiększa rodzina. W sytuacji kiedy pozbywa się małego samochodu, oczywiście rozumiem i wierzę, ale miałem kilka przypadków w "karierze", kiedy ktoś sprzedawał VW Sharana, Voyagera lub podobnej wielkości auto, motywując to tym, że dziecko w drodze i trzeba kupić coś większego. Zawsze wydawało mi się, że taki dzidziuś waży około 3 kg i powoli rośnie, a samochód typu VW Sharan/Ford Galaxy spokojnie wystarczy dla rodziny z dwójką, trójką dużych już dzieci. Jak widać - byłem w błędzie. W takiej sytuacji ja od siebie mogę polecić rozrastającym się  rodzinom choćby taki oto sprzęt (patrz zdjęcie) - komfortowy, pojemny, bezpieczny i niezawodny.
Dla Ciebie, dla rodziny...
   Odpada problem z pompowtryskami, kołem dwumasowym, zmienną regulacją turbiny. Wiele problemów zjadających sprzedawanego właśnie minivana nigdy nie będzie miało miejsca. A po zamontowaniu z tyłu łóżek polowych, maleje ryzyko, że  Urząd Marszałkowski będzie sprowadzał nas z wakacji. Widzę w tym potencjał.


 






   To oczywiście tylko wycinek z różnych historyjek produkowanych przez sprzedających auta. Może jeszcze kiedyś jakąś opiszę. Oczywiście są przypadki, gdy te powody są prawdziwe, ale niestety - tak jak z handlarzami, którzy zapracowali sobie na to, by im nie wierzyć, tak prywatni sprzedający dbają o to, by ich historie jednym uchem wpuszczać i natychmiast drugim wypuszczać.
   Najbardziej lubię, kiedy ktoś jako powód sprzedaży powie mi wprost, że auto się sypie, a on ma już dosyć dokładania do niego. I z drugiej strony - nie lepiej powiedzieć po prostu, że samochód sprzedaję "bo tak" i już? Przecież nikt nie ślubuje automobilowi wierności, aż po grób...